26 czerwca 2017
poniedziałek

Dziś imieniny:
Jana, Pawła, Miromira

Nowy numer Kuriera Lokalnego już za 13 dni.

Naszą stronę odwiedziło już 292197 gości.

Strona główna     Kącik fotograficzny      Oferta     Historia     Kontakt






Podział na regiony

   Ogólne
   Stęszew
   Kościan
   Grodzisk Wlkp.


Przydatne adresy

|Policja pow. Poznań|
|Policja Wlkp.|
|Policja Grodzisk Wlkp|
|Policja Kościan|
|Straż Pożarna Kościan|
|Straż Pożarna Grodzisk Wlkp|
|Grodzisk Wlkp. - miasto|
|Grodzisk Wlkp. - powiat|
|Stęszew - miasto|
|Kościan - miasto|
|Kościan - powiat|





Kurier Lokalny wczoraj i dziś:


numer na 20-lecie:



numer na 20-lecie:



numer na 15-lecie:



numer na 10-lecie:



numer na 5-lecie:



Pierwszy numer:



 

 

AKTUALNOŚCI

Niech śmierć Adama nie idzie na marne

Napoleon powtarzał, że każdy żołnierz nosi w plecaku buławę generalską, a my trawestując jego myśl powiemy, że każdy człowiek w określonej sytuacji nosi w swoim sercu bohatera. 65-letni Ryszard Franczak, to poznaniak, który siedemnaście lat temu kupił działkę w podstęszewskich Sapowicach i nad samym brzegiem Jeziora Strykowskiego postawił letniskowy domek. Najpierw przyjeżdżał tutaj z rodziną na lato, a z czasem własny dom w Poznaniu przekazał córkom, a sam razem z żoną Marleną na dobre zamieszkał nad wodą. Był jednym z pierwszych stałych osadników. Z czasem pojawiali się sąsiedzi. Obok niego pobudował się Czesław Dawidowicz, Zenon Kempa, Jan Ignyś, Tadeusz Spendowski, Marek Jędrzejczak, Roman Piątek i inni. 16 grudnia uratował tonących ludzi. * * * * Na foto pan Ryszard, który uratował strażników

A skąd Pan się wziął tego późnego wieczoru nad brzegiem jeziora? - pytamy pana Ryszarda. - Szedłem brzegiem z moim psem Kubą do sąsiada Roman Piątak z Buku, mieszkającego kilka domów dalej, by nakarmić jego dwa króliki. Usłyszałem głośne pokrzykiwanie płynące od strony jeziora. Pomyślałem, że zapewne to znów jacyś kłusownicy. A że noc była bezgwiezdna, nic nie widziałem. Poszedłem do królików. Nakarmiłem je, ale od strony wody dochodziły coraz bardziej głośne nawoływania. Nie było to jednak wołanie o pomoc, ale męskie głosy pokrzykujące do siebie. Potem zobaczyłem dwa oddzielne światełka, mrugające daleko od brzegu. Postanowiłem się odezwać: - Co się dzieje na tym jeziorze? - zawołałem w stronę głosów. Wtedy, gdy ludzie na wodzie usłyszeli, że ktoś jest na brzegu, to wydali z siebie okropny krzyk. To nie było zwykłe wołanie. Oni się wydzierali. Głos był tak przerażający, że ja do dziś, a minęło trochę czasu, mogę spać - wspomina zdarzenie w późnego środowego wieczora, z 16 grudnia Ryszard Frączak. Faktycznie pomocy zaczęli wzywać po moim do nich pytaniu. Po moim wołaniu zrozumieli, że ktoś jest blisko. Wróciła nadzieja na pomoc. Wcześniej zapewne myśleli, że sami dopłyną popychając przewróconą swoją łódź rybacką. Z czasem zrozumieli, że nie dadzą rady, bo zaczynają tracić siły, a najdrobniejszy z nich „Eda”, czyli Adam Szałek miał największe kłopoty. Coraz słabiej reagował. Obracał się bezwładnie twarzą w dół, choć pozostali odwracali go ustami do góry. Jak mogę wam pomóc - nawoływałem w przestrzeń nikogo nie widząc. - Zadzwońcie do Rybaka - odpowiedział głos. Wyciągam telefon. Dzwonię do Rybaka do Strykowa, ale on się nie odzywał. To człowiek, który zawodowo łowi ryby. Zadzwoniłem do sąsiada Dawidowicza. On ma dużą łódź. Próbowaliśmy obaj ją wyciągnąć z obejścia, ale nie mogliśmy. Pobiegłem do Jasia Ignysia. Ma małą łódeczkę. Powiedziałem, że ludzie na jeziorze się topią. Dał mi swoją łódkę, ale sam nie mógł pomóc, bo wrócił po zawale ze szpitala. Danielewicz w tym czasie dzwonił po pomoc. Swój telefon rzuciłem na ławkę pod płotem. Podczas upadku wyświetlił się ekran. Była 21.32. Wskoczyłem do łódki. Miałem świadomość zagrożenia. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Nawet nie wiedziałem, co to za ludzie. Do tego nie miałem kapoka, a woda była lodowata. Rozwiązałem sznurowadła, rozpiąłem bluzę i wskoczyłem do łódki. Liczyłem się z tym, że się będę być może musiał kąpać, bo oni w akcie rozpaczy mogli zacząć mi się wdrapywać do tej maleńkiej łódki i mnie przewrócić. Wtedy bym już im nie mógł pomóc. Sam wróciłbym do brzegu. Wierzyłem, że dam radę. Wziąłem małą latarkę i wiosłowałem. Płynąłem w kierunku głosów. Było czarno. Widoczność na 3-4 metry. Ciemna tafla wody, zlewała się z ciemną ścianą lasu po drugiej stronie jeziora. Jak podpływałem do nich miałem taką malutką latarkę. Trzymałem ją przy wiosłach. Zobaczyłem trzy osoby. Jedna z nich pływała już bezwładnie twarzą w dół. Druga uczepiona była z przodu rybackiej łodzi. Mężczyzna krzyczał. - Podpłyń tutaj do mnie! Panie do mnie! Niech pan podpłynie! Niech pan podpłynie! Teraz wiem, że to był „Piciu”. Potem rozejrzałem się szerzej. Przy tylnej części łodzi pływał drugi. Był słaby. Podpłynąłem do niego, to był „Łysy”. Wziąłem latarkę wziąłem w usta. Zawołałem do „Łysego”: - Słyszysz mnie? Słyszysz mnie? Wydawał niezrozumiałe dźwięki. Powiedziałem, że do niego podpłynę tyłem i aby złapał się za burtę. Zrobiłem tak, a on silnie uczepił się prawą ręką mojej łódki, a lewą ręką chwycił za wiosło. Wyrwałem mu wiosło i zawołałem: - „Idź na tył! Idź na tył! Idź na burtę! „Idź na tył” - powtarzałem. „Nie wchodź do łódki, bo się utopimy”. On włożył jedną rękę do łódki, a drugą ja pomogłem mu włożyć, aż pod pachy. Miał się zaprzeć i trzymać. Łódka tymczasem się przechyliła i zaczęła nabierać wody. Usiadłem na lewej burcie, by ją zrównoważyć. „Łysy” mając obie ręce na mojej łódce zawisł i stracił przytomność. Na przodzie rybackiej łodzi tkwił „Piciu”. Był z nich najmocniejszy i krzyczał w moją stronę: - „Podpłyń do mnie”! Sam dopłynąć już nie miał siły. Mógł się tylko trzymać. Odbiłem się wiosłami i zawołałem: - Podpłynę do ciebie czubkiem łodzi i złap się za ten czubek! Złap się za czubek! - powtarzałem i dodawałem „Broń boże nie wchodź do łódki! Trzymaj się! Odpowiedział mi: - Tak szefie! Tak szefie! Przecież taka łódeczka ledwie sama się trzymała na wodzie. On się złapał tak, jak kazałem jedną ręką, a prawą ręką chwycił się drugiej strony dzioba. Łódka jeszcze bardziej się przechyliła. Siedziałem na boku i zacząłem wiosłować. Z połowy jeziora widziałem światełka kilku okien, ale im bliżej byłem brzegu, coraz mniej widziałem. Straciłem orientację. Skarpa jest dość wysoka i domów już nie widać. Martwiłem się, czy nie zszedłem z kursu. Płynęliśmy, a Piciu, co chwilę pytał: - Jak daleko szefie? Już nie dam rady! Odpowiedziałem, że 70 metrów. Po chwili znów pytał: - Jezu! Ile jeszcze? Już nie dopłynę! Odpowiedziałem, żeby się trzymał, jeszcze chwilę. - Nie dam rady! Nie dam rady! - wołał. - Trzymaj się! Trzymaj! - mówiłem i dodawałem, że zostało 50 metrów, potem, że jeszcze jest 38 metrów. - Ile jeszcze? Ile jeszcze? I cały czas powtarzał, że już nie może się trzymać. W rzeczywistości byliśmy dalej od brzegu, ale go oszukiwałem, by dać mu motywację do zebrania siły. Jeszcze dwadzieścia - mówiłem po chwili. Mnie samemu było ciężko. Musiałem sporo pokonać, a miałem uczepione osoby. One znacznie spowalniały płynięcie i zmuszały mnie do ogromnego wysiłku. Wreszcie mogłem Piciowi powiedzieć: - Już masz grunt” Wołał: - Nie mam gruntu! Nie mam gruntu! - Masz - odpowiadałem. Ale musisz wyprostować nogi i dotknąć dna. Spuścił nogi poczuł grunt, ale nie mógł nic zrobić, tylko tyle, że już czuł ziemię. Nogi miał bezwładne. Zawołałem do ludzi stojących na pomoście, patrzących na mnie i czekających: - Wejdźcie do wody. Za pomostem są tylko 4 metry i już jest grunt. Weźcie chłopaków. Wskoczył do wody Maciej Musiał, jeden z tych, co ochraniali strażników na brzegu. Chwycił go. Potem drugi wskoczył i tego Piotra wyciągnęli na brzeg. Pod pachy go wzięli, a on tylko powłóczył nogami. „Łysy” nadal wisiał na burcie. Ja tę łódką obróciłem tak, by był bliżej brzegu i powiedziałem: - Bierzcie go. Dwóch podskoczyło, ale nie mogli dać rady, bo „Łysy”, czyli Robert jest dość solidnej postury. Strażacy wtedy już byli i zaczęli go reanimować. Harczał, to znaczyło, że daje oznaki życia. W czasie, gdy ja dopływałem z tymi dwoma, to dojechali od strony posesji Dawidowicza trzej strażnicy wędkarscy dbający o bezpieczeństwo pływających na jeziorze. Tego wieczoru dyżur mieli komendant Społecznej Straży Wędkarskiej w Stęszewie - Jan Kaczmarek, a razem z nim był wspomniany Maciej Musiał i Zbigniew Kubiak - obaj z podstęszewskiej Łodzi. Na brzegu też już było sporo ludzi. Ze swoją większą łodzią dopłynął Czesław Dawidowicz. Przypłynął z Ukraińcem, swoim pracownikiem i zapytał, jak może pomóc. - Płyńcie po tego trzeciego. On został na jeziorze - wołałem. Znaleźli trzeciego, czyli Adama nazywanego „Edą”. Pływał w kapoku, jak zresztą wszyscy. Na brzegu położyli go na pomoście i straż podjęła reanimację. Nie dawał oznak życia Po ponad pół godzinie okazało się, że nie udało się przywrócić mu życiowych funkcji. Piana mu wychodziła, bo zapewne oprócz wyziębienia, opił się wody i utopił. Gdy cała trójka znalazła się na brzegu, a pogotowia nadal nie było, należało zająć się ogrzaniem mężczyzn. Trzeba powiedzieć, że pogotowie przyjechało, jako ostatnie, po pół godzinie. W sumie dotarły dwie karetki, jedna z Puszczykowa, a druga stacjonująca w Stęszewie. - Do tego chyba sześć jednostek straży przyjechało. Dwie ze Strykowa, dwie z Poznania i z Mosiny. Było też pięć, czy sześć radiowozów. Tutaj miałem taki zabawny moment, bo jakiś młody policjant wołał ode mnie dowód osobisty. - Skąd dowód? - zapytałem. A on na to: - Imię, nazwisko, imiona matki i ojca. Potem zapytał: - Czy był pan krany? - Kuźwa mać! - powiedziałem. To, jak bym był karany, to bym nie mógł popłynąć i ratować? - Proszę pana, takie są procedury! - odpowiedział młody, dwudziesto paroletni mundurowy. Pomyślałem znowu, że trzeba z chłopaków zdjąć przemoczoną odzież. Pobiegłem z Zenkiem Kempą do jego domu szukać kocy. Zenek zdjął narzuty z foteli i kanapy, jakieś inne przykrycia, potem znalazł jeszcze koce. Ja pobiegłem do swojego domu i przyniosłem Maciejowi świeże skarpety i buty. To on, jako pierwszy wszedł do jeziora i odbierał poszkodowanych. A poszkodowani to 33-letni Adam Szałek, 36-letni Piotr Staśkiewicz - obaj ze Stęszewa i 40-letni Robert Sałata z podstęszewskiego Dębna. Wszyscy to wytrawni wędkarze, dbający o środowisko wodne i tropiący kłusowników. Do tej wyprawy byli solidnie przygotowani. Ubrali się w odzież termiczną i w kapoki. Wsiedli w dużą, rybacką łódź z napędem silnikowym. Nie była to ich pierwsza wyprawa tropiąca kłusowników. Zrobili jedno kółko po jeziorze. Odczepili zamontowaną sieć kłusowniczą. Połączyli się telefonicznie z Maciejem Musiałem i pozostałymi będącymi na brzegu. Robert powiedział, że zrobią jeszcze jedną ósemkę na jeziorze, odczepią jeszcze jedną sieć i wracają na brzeg. Po chwili zadzwonił ponownie, że stracili orientację, gdzie są i wtedy przerwało rozmowę. - To było ostatnio moja z nim rozmowa - opowiada Maciej ochraniający wyprawę. Siedzieliśmy w samochodzie i czekaliśmy na kolejny od nich sygnał. Zawsze zabezpieczamy z brzegu, gdy nasi koledzy-strażnicy wędkarscy wypływają na jezioro w poszukiwaniu kłusowników i ich sieci. Obie grupy mają ze sobą stały, telefoniczny kontakt. Czuwający najczęściej chodzą wzdłuż linii brzegowej i porozumiewają się z tymi na łodzi - opowiada o działaniach Społecznej Straży Wędkarskiej. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że strażacy przyjechali na akcję i czekali, aż pan Ryszard przypłynie. Przyjechali bez łodzi i innego sprzętu ratowniczego. Nawet nie weszli do wody, by pomóc wyciągać poszkodowanych. To ja będąc w zwykłym stroju wskoczyłam i wyciągałem Piotra. Straż z Poznania, jako jedyna przyciągnęła jedną łódź. Jest to jednak temat na inną rozmowę. Potem się okazało, że doszło do tej tragedii, bo łódź zaczepiła się o dużą metalową sieć. Strażnicy nie pamiętają, jak do tego doszło, że znaleźli się w wodzie. Telefony się zamoczyły i przestały działać. Nogi mieli zaplątane w sieć. Jeden drugiemu rozcinał i pomagał się wyplątywać. Akcja trwała całą godzinę. Ciała się wychładzały i słabły. Uratowano Roberta i Piotra. Dostali drugie życie - jak mówią. Ale śmierć Adama nie powinna iść na marne. Dlatego należy zadać kilka pytań: *Jaką funkcję miała do spełnienia ochrona siedząca w samochodzie nad brzegiem jeziora? *Co mieli robić w razie nieoczekiwanego, tak jak to zdarzenia? A gdyby kłusownicy mieli broń i postrzelili wędkarzy? *Czy mieli wiedzę i kontakt z kimś, kto ma drugą łódź i mógłby popłynąć szybko z pomocą? *Kogo powinni byli wezwać do pomocy, gdy nie mieli już kontaktu z tymi na wodzie? *Gdzie była najbliższa duża łódź rybacka? Kłania się tu tak zwana logistyka, czy sposób przygotowania wyprawy. Jakie z tego zdarzenia powinni wyciągnąć wnioski organizatorzy takich wypraw, aby nie powtórzyła się tragedia z Sapowic? Kolejne zatem pytania: *Czy wystraszeni wędkarze nie będą już wypływać, by ścigać kłusowników? *Czy ze strachu i z traumy pozwolą na nielegalne połowy? *Czy kłusownicy dzięki temu będą mieć poczucie bezkarności? - Społeczna Straż Wędkarska, kiedy ją tworzyliśmy w 2000 roku miała za zadania uczyć i wychowywać ludzi, by patrzyli na dobro ryb i wszelkich wodnych stworzeń. Strażnicy, to najczęściej wędkarze z krwi i kości. Oprócz łowienia czyszczą wody i sprzątają jeziora - tak o funkcji strażników mówi jeden z nich wieloletni członek Zarządu Koła PZW w Stęszewie - Henryk Majorczyk. Z latami rozszerzyło się kłusownictwo i zwiększył zakres prac nad bezpieczeństwem i porządkiem na wodach. Kłusownicy zakładają sieci i to coraz większe i bardziej niebezpieczne. I w taką właśnie wpadła łódź naszych kolegów-strażników. Są sieci długie na 25 metrów i jeszcze dłuższe. One na ogół rzucane są na środek jeziora. Kłusownicy, żeby je potem znaleźć na powierzchni wody, przywiązują kawałek steropianu, albo długopis, lub pustą butelkę. Ostatnie zdarzenie zupełnie nas zaskoczyło. Nie zrezygnujemy z walki z kłusownikami, musimy jednak przyjąć nowe sposoby ich eliminowania i ochrony strażników. Na ostatniej sesji Rady Gminy Stęszew burmistrz, a także Zarząd Koła PZW uhonorowali pana Ryszarda i tych, co go wspierali dyplomami uznania. - Od wędkarzy dostałem za uratowania życia, a od burmistrza za współudział w ratowaniu - mówi Ryszard Franczak. Adama Szałka pochowano z wędkarskimi honorami na stęszewskim cmentarzu w środę 23 grudnia. Były trzy poczty sztandarowe, od Koła Wędkarskiego, ze Straży Rybackiej z Poznania, z Okręgu. Na koniec taka smutna pointa: Nie byłoby tragedii, gdyby nie złodzieje i ich sieci, które chłopaki wypłynęli usuwać. Kłusownicy, to na pewno ludzie z tego terenu. Czy teraz mają poczucie, że zabrali czyjeś młode życie, a pozostałym zostawili traumę na wiele lat? Czy oni to w ogóle czują? Ewa Noga-Mazurek