26 czerwca 2017
poniedziałek

Dziś imieniny:
Jana, Pawła, Miromira

Nowy numer Kuriera Lokalnego już za 13 dni.

Naszą stronę odwiedziło już 292197 gości.

Strona główna     Kącik fotograficzny      Oferta     Historia     Kontakt






Podział na regiony

   Ogólne
   Stęszew
   Kościan
   Grodzisk Wlkp.


Przydatne adresy

|Policja pow. Poznań|
|Policja Wlkp.|
|Policja Grodzisk Wlkp|
|Policja Kościan|
|Straż Pożarna Kościan|
|Straż Pożarna Grodzisk Wlkp|
|Grodzisk Wlkp. - miasto|
|Grodzisk Wlkp. - powiat|
|Stęszew - miasto|
|Kościan - miasto|
|Kościan - powiat|





Kurier Lokalny wczoraj i dziś:


numer na 20-lecie:



numer na 20-lecie:



numer na 15-lecie:



numer na 10-lecie:



numer na 5-lecie:



Pierwszy numer:



 

 

AKTUALNOŚCI

Raban wokół strażników wędkarskich

Nie spodziewaliśmy się takiego obrotu sprawy, gdy w poprzednim numerze KL opisaliśmy tragiczną sytuację, w jakiej znaleźli się stęszewscy wędkarze pełniący rolę strażników wędkarskich. Przypomnijmy, że późnowieczorna wyprawa trzech strażników na Jezioro Strykowskie w Sapowicach zakończyła się ogromną traumą dla dwóch z nich i śmiercią dla trzeciego. - Zrobiliście ze strażników wędkarskich niemal bohaterów, bo jeden - stracił życie, a inni byli u kresu sił - zaczęli mówić przedstawicielowi Kuriera lokalnego mieszkańcy Sapowic. A my wiemy swoje. Wiele już razy strażnicy różnej maści okradali wędkarzy z ich wędek i sieci. * * * Na foto To jest łódź stęszewskich strażników wędkarskich. Na niej płynęli Eda, Piciu i Łysy. Jest niezatapialna. Miala być bezpieczna z silnikiem motorowym. Siedzą przy niej od lewej: Robert Sałata, Zbigniew Kubiak, Marek Sałata, Tomasz Sałata, Henryk Majorczyk i komendant strażników Jan Kaczmarek

A co robią z połowem? Zabierają dla siebie i na pniu sprzedają. W Sapowicach wszyscy dokładnie wiedzą, że ich oferta cenowa to 11 złotych za kilogram. Tamtego dnia klienci też już czekali na to, z czym przypłyną strażnicy - mówią nasi rozmówcy. Niech nawet nie próbują się wypierać, bo mamy świadków. Jak spróbują tu znów przyjechać, bo będzie lincz. Dawniej wędkarz stanął sobie na brzegu i nie czekał długo, by jakaś rybka mu się zaczepiła. Teraz siedzi pół dnia i nic. Jezioro pustoszeje. Strażnicy mówią, że walczą z kłusownikami? Oszukują. Pewnie, że dla innych są rygorystyczni do bólu, ale sami często naginają przepisy i kłusują. Nielegalnie ściągają cudze sieci, zabierają z nich duże ilości ryb, wcale nie wypuszczając do wody. Dla nich, to dodatkowy sposób na zarobek. A teraz przed świętami to i trzy razy w tygodniu zabierali ludziom ich własność. Dlaczego pływają tylko późnymi wieczorami, pod osłoną nocy? Dlaczego nie zgłaszają akcji na policję, albo do straży, aby w razie kłopotów było wiadomo, że są na wodzie? Bo nikt nie powinien wiedzieć, co i kiedy oni dokładnie robią! Niech próbują tylko nas straszyć sądem, to świadkowie się znajdą, którzy potwierdzą, że już nieraz za małe pieniądze ci strażnicy sprzedawali prosto z łodzi świeży połów - powtarzają raz jeszcze swoją opinię. * * * Przypomnijmy zatem, co stało się 16 grudnia na jeziorze w Sapowicach. Gdy topiący się ludzie wołali pomocy był tylko na brzegu jeden człowiek - Ryszard Franczak, który przyszedł im z pomocą. W poprzednim KL opowiedział nam szczegółowo o przebiegu zdarzeń. Tamten reportaż był obszerny, a i tak nie wszystko opisaliśmy. Dziś warto poszerzyć wiedzę czytelników o to, co na początku słyszał pan Ryszard, który szedł brzegiem ze swoim psem. - Ledwie wyszedłem z domu, to słyszałem krzyki. Dochodziły ze środka jeziora. Pomyślałem, że normalni wędkarze i rybacy o tak później porze nie łowią ryb w jeziorze, a była 21.30. Moje głębokie przekonanie było takie, że to kłusownicy. Krzyczeli do siebie przeklinając. Dobrze pamiętam te słowa: - Eda! Stój! Eda! Gdzie jesteś? - Noga mi się zaplątała w sieć!- można było usłyszeć odpowiedź. - Kurwa Eda! Odezwij się! Ch..ju - odezwij się! - krzyczano dalej. Pan Ryszard szedł brzegiem i zastanawiał się, co to są za ludzie. Widział wyraźnie dwa oddalone od siebie o kilka metrów, poruszające się światełka na wodzie. Na początku nie myślał, aby reagować. Przypomniał sobie bowiem sytuację, jak swego czasu, dwie posesje za jego domem, jacyś mężczyźni coś majstrowali na brzegu jeziora. Podszedł pytając, co tam robią. W odpowiedzi usłyszał, że ma się „odpier....ć”, jak nie che mieć chaty spalonej. Od tamtej pory był ostrożny w stosunku do nielegalnie kłusujących. Poszedł więc jeszcze napaść króliki i dopiero, gdy wracał, a głosy na wodzie nadal były natarczywe i niosły daleko, to zawołał: - Co tam się dzieje? Wtedy ludzie z środka jeziora zaczęli krzyczeć „pomocy, ratunku”, a ich głosy były tak przerażające, że pan Ryszard jeszcze przez kilka następnych dni miał je w uszach i kołatały mu się w głowie. Wtedy zadał pytanie: - Jak mogę wam pomóc? Odpowiedzieli, żeby dzwonił do „rybaka w Strykowie”, bo on ma łódź. Jest to Henryk Dolata. I w tym należy miejsce zadać pytanie, o tych strażników, co ochraniali z brzegu? Tym, co nie czytali poprzedniego reportażu podamy, że tych trzech na łodzi ochraniać miało trzech z brzegu. No to rodzi się pytanie - gdzie była ochrona? Jak była przygotowana na trudną sytuację, taką jak na przykład wywrócenie się łodzi? Czy było ustalone, do kogo będą dzwonić, do kto się zwrócą w razie potrzeby? Odpowiedź jest jedna. Nic nie było zabezpieczone! Nawet strażacy OSP z sąsiedniej wioski, którzy mają sprzęt ratowniczy i łódź nie zabezpieczali nocnej wyprawy. W takim razie, jeśli strażnicy nie mieli nic przygotowane, to po co pojechała trójka strażników i czekała na brzegu jeziora? Czyżby mieszkańcy Sapowic mieli rację? Członek Zarządu stęszewskiego Koła Wędkarzy mówi, że podczas takich akcji, ochrona zawsze chodzi brzegiem jeziora i ma kontakt z tymi, co na wodzie? To dlaczego topiący się nie mieli pomocy przez godzinę? Ochrona, gdyby szła brzegiem, to nawet zamoczone telefony nie byłyby potrzebne. Kontaktowaliby się tak, jak to czynił przypadkowy spacerowicz, czyli pan Ryszard. Chwilę po wywróceniu się łodzi podjęliby akcję ratowniczą. Mogli zadzwonić na 112, albo bezpośrednio na straż, czy policję. Przez godzinę, to nawet zdołaliby dojechać 3 kilometry do Strykowa, do OSP, która dyżuruje całą dobę, bo jest w rejestrze krajowym i wyjeżdża na wszelkie wypadki drogowe i nagle pożary. Straż ma łódź. Co zatem robiła ochrona z brzegu, gdy straciła telefoniczny kontakt z tymi na wodzie? Zapytaliśmy o to komendanta stęszewskiego oddziału Strażników Wędkarskich - Jana Kaczmarka. Naszą rozmowę zaczęliśmy od następującego pytania: - W trójce ochraniających ludzi na brzegu był Maciej Musiał, który ponoć tego dnia miał urodziny, Zdzisław Kubiak i właśnie pan. Jaką rolę mieliście do spełnienia, jako ochrona? Jakie w ogóle mają prawa i obowiązki strażnicy? - Wszystko to jest na stronie Wojewódzkiego Związku i tam można przeczytać - padła odpowiedź. - To proszę nam przybliżyć, jak panowie konkretnie byli przygotowani do zapewnienia bezpieczeństwa tego dnia strażnikom na wodzie? Idący brzegiem mieszkaniec Sapowic słyszał głosy kolegów będących w kłopotach. Panowie, jako ochrona staliście samochodem na tak zwanym „grzybku”, za sklepem. Czy wychodziliście na brzeg? Czy nic nie było słychać? Czy chodziliście w czasie akcji wzdłuż brzegu? - Nie było słychać, bo to działo się bliżej plaży na Rybojedzku, a my byliśmy w Sapowicach - usłyszeliśmy od komendanta. Jak straciliśmy z tymi na łodzi kontakt telefoniczny, to kazałem pojechać na plażę do Rybojedzka i oświetlić taflę jeziora. Stamtąd dobrze widać dużą część jeziora. Wtedy zobaczyliśmy, że łódź jest wywrócona do góry dnem. - I co panowie wtedy zrobili? Czy zadzwonili na straż, na policję, na pogotowie? - zapytaliśmy. Kiedy pan i pana koledzy pojawili się w miejscu, na które ściągnęli poszkodowanych? - Maciej Musiał wszedł do wody i zabrał podczepionego do łódki Piotra, a potem Roberta - padła odpowiedź. - A co osobiście pan robił podczas ratowania? Gdzie pan w tym czasie był? - zadaliśmy to pytanie, ale komendant nie chciał już odpowiadać, ani na to, ani na następne pytania. Chcieliśmy bowiem zapytać o powtarzane zarzuty, że tak od tonących, jak i od ochrony czuło się alkohol. Chcieliśmy też usłyszeć opinię komendanta na temat nocnego kłusowania urządzanego ponoć - według opinii mieszkańców Sapowic - przez samych strażników, a także sprzedawania tych ryb na pniu. Ponoć ludzie zawsze są umówieni z tymi, co jadą nocą na jezioro. Sapowiczanie informują, że tego pechowego wieczoru też była grupka czekających na ryby. Rozpierzchła się w mgnieniu oka, gdy dowiedziała się, co się stało i że pojawiła się policja. Odpowiedzi nie otrzymaliśmy od komendanta. Wobec tego, takie samo pytanie postawiliśmy Henrykowi Majorczykowi, wędkarzowi z pasją, członkowi Zarządu PZW Koła w Stęszewie. Chcieliśmy rozwiać wszystkie nasze wątpliwości i wyjaśnić, skąd u wielu ludzi z Sapowic taka opinia o kłusowaniu przez samych strażników. - Prawda jest taka, że po grudniowym zdarzeniu trzeba będzie na nowo przeanalizować, jak zachowywać się powinni strażnicy wędkarscy, ci na łodzi i ci z brzegu - powiedział pan Henryk. Nie wiem, dlaczego ci na brzegu nie podjęli wcześniej akcji ratowniczej, skoro tonący byli w niej około godziny? Trzeba by im zadać takie pytanie. Jeśli prawdą jest to, że ponoć sami strażnicy - jak mówią mieszkańcy Sapowic - kłusują - to dzieje się bardzo niedobrze. Jeśli w dodatku także tego dnia ludzie na brzegu czekali na świeży połów, to jest sprawa policji i na pewno taka sytuacja nie powinna mieć miejsca - zakończył. Psychologia mówi, że człowiek spokojny o to, co robi nie jest agresywny i potrafi bez emocji odpowiedzieć na zadane, nawet najtrudniejsze pytania. Pokazał to Henryk Majorczyk. Dlatego nie rozumiemy postawy komendanta. Był na miejscu zdarzenia, a nie ma nic do powiedzenia? Dlaczego nie chce odpowiedzieć na pytania dziennikarza? Dlaczego przerwał rozmowę i nie chciał wyjaśnić wielu wątpliwości? Dziwi oczywiście to, ale i fakt, że żaden z uratowanych mężczyzn nie podziękował Ryszardowi Franczakowi, że małą, jednoosobową łódeczką, sam popłynął w ciemną noc im pomagać. Nie musiał ręką kiwnąć i spokojnie wrócić do domu. On jednaj nie zastanawiając się na wyprawą małą łódeczką ciemną nocą, sam nie naraża się na utonięcie? - Nie myślałem wtedy, o niczym innym, jak tylko o tym, że tam są ludzie i trzeba ich ratować - wspomina pan Ryszard. Tak bym zrobił i teraz i nieważne, czy to by byli kłusownicy, czy strażnicy. To byli ludzie. Przykro mi tylko trochę, że żadem z dwóch uratowanych, nie zebrał się w sobie - a mija już miesiąc od tamtego zdarzenia - i choćby nie zadzwonił i podziękował za uratowanie życia. „Łysy”, jak go nazywali, czyli Roberty Sałata, gdy dopływałem już tylko rzęził, a po chwili stracił przytomność, zaś „Piciu”, czyli Piotr Staśkiewicz, niby taki silny chłop, a był bezradny w obliczu głębokiej, lodowatej wody. Już sam nie miał siły dopłynąć do brzegu. Wracając jeszcze raz do mieszkańców Sapowic zastanawiamy się, dlaczego w ich oczach strażnicy, to cwani i agresywni ludzie. - Ich zachowanie jest wredne - mówią. Potrafią zabrać pozostawione na brzegu wędki, nie mówiąc o małych sieciach zaczepionych przy pomoście. Kiedyś ludzie siedzieli sobie na brzegu, złowili rybę na obiad i nikomu to nie szkodziło. Dziś rybak ze Strykowa zakłada olbrzymie sieci, ponadto inni wędkarze ściągają wiele ryb sieciami, a zwykłym ludziom za rybkę robią awanturę i dają mandaty. - Jestem wędkarzem od dziecięcych lat. Mieszkałem kiedyś w Poznaniu. Należę nadal do koła wędkarskiego na Grunwaldzie. Opłacam roczne składki. Wędkuję uczciwie. A prawda jest taka, że ci strażnicy wędkarscy nie zachowują się dobrze - mówi znów Ryszard Franczak. Mieszkam nad jeziorem w Sapowicach. Bywa, że zaczepię wędkę na pomoście i idę na obiad do domu, albo nawet wyjadę na godzinę do miasta. Wracam i nie ma śladu po wędce. A wiem od sąsiadów, że na jeziorze byli wędkarze-strażnicy. Podobnie znikają moje złowione ryby, gdy zostawię je w siatce na brzegu i odejdę. Zjawiają się strażnicy i zabierają mówiąc, że tak nie wolno zostawiać. Znikają ryby, ale też znikają wędki i siatki. * * * Ludzie, którzy ileś lat temu stworzyli, tak zwaną straż wędkarską nadali sobie sami prawo rządzenia naturą, w tym także wodami i połowami. A czy sami są wzorem uczciwości? * * * Kończąc dzisiejsza relację napiszemy, że tworząc poprzedni artykuł faktycznie myśleliśmy, że trzej strażnicy, to ofiary kłusowników, a jeden z nich zginął „na posterunku”. Dziś już wiemy, że sprawa grudniowej tragedii wcale nie jest jednoznaczna. Dlaczego utonął Eda, czyli Adam Szałek? Gdy Ryszard Fronczak popłynął z pomocą, to on już pływał kilka metrów od łodzi, twarzą w dół, unoszony bezwładnie przez fale. Miał koło siebie dwóch kolegów i trzech na brzegu. Stale wraca pytanie, co ci na brzegu przez godzinę robili? Uczestnicy tego zdarzenia nie mówią i się nie dziwimy. Bo co mają powiedzieć? Że gdyby wszystko było poprawnie przygotowane i zgłoszone przed wyprawą do odpowiednich służb, a ochrona chodziła wzdłuż brzegu, to Adam by żył? Tylko ci, co byli z nim na łodzi dokładnie wiedzą, co się stało. Cała piątka mężczyzn biorących udział tego wieczoru w akcji musi rozstrzygnąć w swoich sumieniach, co zrobili źle, co powinni byli zrobić inaczej, by do takiej tragedii nie doszło. Z boku działania strażników wyglądają trochę na samowolkę. Trzeba się zastanowić, jak działają w całej Polsce Związki Strażników Wędkarskich? Czy piszą sprawozdania, kiedy, kto i gdzie wypływa? Ile sieci znajdują? Co robią ze zdobytymi w ten sposób sieciami? Czy oddają je do jakiegoś magazynu, czy po spisaniu protokołu wyrzucają? Co robią z rybami znajdowanymi w sieciach kłusowników? Czy przywożą na brzeg, a potem komisyjnie ważą i jeśli są żywe, wrzucają z powrotem do wody. A może mogą sprzedać i przekazać pieniądze do wspólnej kasy, na rzecz jakiegoś koła wędkarskiego? I kolejne pytania. Czy nie powinni każdorazowo zgłaszać komuś, jakiejś instytucji państwowej np. policji, albo władzom gminy, która jest współwłaścicielem państwowych wód, że wyjeżdżają na patrol wodną? A jeśli nigdzie nie zgłaszają, a do tego nie ma sprawozdań, co znaleźli i co ze znaleziskiem zrobili, to jest zwykła - niekontrolowana przez nikogo - dowolność. Jakie w Stęszewie przez lata sporządzono raporty? Gdzie są dokumenty o tym, co w tym roku do tej pory robili stęszewscy strażnicy? Czy można się z tymi papierami zapoznać? * * * Na koniec miła dla nas informacja. Kilka dni po wydaniu Kuriera lokalnego „Głos Wielkopolski” napisał artykuł o tej sprawie. Zareagował na niego Ryszard Franczak. Napisał pismo do redakcji Głosu Wielkopolskiego i tę samą treść wysłał do Kuriera lokalnego: „Nazywam się Ryszard Franczak i chciałbym się odnieść do artykułu „Nielegalne sieci i leśne pułapki. Głos Wielkopolski Sobota-Niedziela 2-3 stycznia 2016r. Chodzi mi o treść. Akcja ratunkowa na Jeziorze Strykowskim rozegrała się w ciemnej nocy 16-12-2015 od godziny 21.32. Nie będę się rozpisywał, co i jak, gdyż artykuł o całej, zaistniałej sytuacji został opisany w Kurierze lokalnym nr 27 z 30 grudnia 2015 r. „Niech Śmierć Adama nie idzie na marne”. Podam tylko, że akcję ratowniczą podjąłem wraz z moim kolegą Czesławem Dawidowiczem. Po kilku minutach wspólnej akcji ratunkowej, rozdzieliliśmy się i ja pobiegłem po małą łódkę jednoosobową do kolegi Jasia Ignysia. Zadzwoniłem do niego i do kolegi Zenona Kempy, że ludzie się topią na jeziorze. Oni szybko zareagowali. Pana Maika w tym czasie nie było. Częściowo się rozebrałem i popłynąłem na ratunek tonącym, którzy wydawali przerażające krzyki pomocy, ratunku. Ludzie topimy się. Uratowałem dwóch, skrajnie wyczerpanych mężczyzm, po prawie godzinie spędzonej w lodowatej wodzie. Gdy dopływałem do brzegu z dwoma wiszącymi przy łódce mężczyznami, nadpłynął kolega Czesiu swoją dużą łódką wraz z Wasylem i popłynęli wyłowić trzecią osobę. Po dotarciu na brzeg wskoczył do wody Maciej Musiał i jeszcze ktoś? Potem się okazało, że był to Piotr Maik. Wyciągnęli poszkodowanych na brzeg, bo tamci sami nie mieli siły. Rozpoczęliśmy pomoc. W tym czasie przypłynął Czesiu z Wasylem i ułożyli Adama na pomoście. Gdy prowadziliśmy akcję ratunkową na brzegu, to po około 10-15-tu minutach dopiero nadbiegali zawiadomieni strażacy. Piotr Maik opowiada w Głosie, jakby to on ratował, a on nikogo nie wyłowił? A na brzegu go nie pamiętam? No i strażacy sprawnie działali, bo to ich praca. Potem policja i na końcu karetka pogotowia. Chciałem tylko jeszcze nadmienić, żeby całą sytuację dokładnie opisać (w Głosie Wlkp. - dopisek red), trzeba by z każdym osobno porozmawiać? Bez gadania bzdur? Z poważaniem. Ryszard Franczak. P.S. Dołączam załączniki z Gazety Kurier lokalny.” * * * Od redakcji: Jesteśmy dumni, że nasza praca i rozmowy z wieloma ludźmi zostały docenione i dane za wzór osobie piszące w Głosie Wielkopolskim, która poszła na skróty i zrobiła to mało starannie. Odpowiedź „Głosu Wlkp” była taka, że mogli dotrzeć tylko do jednego informatora, a był to Piotr Maik, czyli człowiek, który pojawił się na brzegu, już po uratowaniu dwóch młodych ludzi. Kurier lokalny też na początku nie miał zielonego pojęcia, jacy ludzie byli w łódce, kto na brzegu, a kto uczestniczył w akcji ratunkowej. Sami szukaliśmy źródeł informacji. Rozmawialiśmy nawet z mamą Piotra, czyli jednego z uratowanych i z mamą Adama z ulicy Krętej w Stęszewie, którego uratować się nie udało. Tak więc osoba pisząca w Głosie Wielkopolskim poszła na skróty i nie pokazała rozmiaru ludzkiej tragedii, a przy okazji zasad, jakimi powinn kierować się strażnicy. Ewa Noga-Mazurek