26 czerwca 2017
poniedziałek

Dziś imieniny:
Jana, Pawła, Miromira

Nowy numer Kuriera Lokalnego już za 13 dni.

Naszą stronę odwiedziło już 292197 gości.

Strona główna     Kącik fotograficzny      Oferta     Historia     Kontakt






Podział na regiony

   Ogólne
   Stęszew
   Kościan
   Grodzisk Wlkp.


Przydatne adresy

|Policja pow. Poznań|
|Policja Wlkp.|
|Policja Grodzisk Wlkp|
|Policja Kościan|
|Straż Pożarna Kościan|
|Straż Pożarna Grodzisk Wlkp|
|Grodzisk Wlkp. - miasto|
|Grodzisk Wlkp. - powiat|
|Stęszew - miasto|
|Kościan - miasto|
|Kościan - powiat|





Kurier Lokalny wczoraj i dziś:


numer na 20-lecie:



numer na 20-lecie:



numer na 15-lecie:



numer na 10-lecie:



numer na 5-lecie:



Pierwszy numer:



 

 

AKTUALNOŚCI

Asia nie żyje, a Lidia leży unieruchomiona

W poprzednim numerze KL napisaliśmy o 16-letniej dziewczynie z Jasienia w gminie Czempiń, która została potrącona na drodze wojewódzkiej, od krajowej „piątki” do Czempinia, w swojej miejscowości, gdy z mamą Iwoną przechodziła po pasach. Było to w miejscowości Jasień w gminie Czempiń, w czwartkowy poranek 2 października nieco po godzinie 7-ej rano. Tego dnia 16-letnia Joanna Podgórska i jej mama Lidia wyszły z domu i podążały chodnikiem w stronę przystanku autobusowego. Uszły ze trzysta metrów i przystanęły na krawężniku, przy pasach, naprzeciw autobusowej budki. W tym czasie do tego miejsca podjechał już szkolny autobus. Zatrzymał się przy przystanku. Uczniowie wsiadali, by pojechać do czempińskiej szkoły. W tym też momencie do pasów dojeżdżały, z dwóch różnych stron, dwa auta osobowe. Od Czempinia jechał Opel Astra, a od Kościana (od piątki) Volkswagen Fox. Ten pierwszy wiózł w samochodzie dziecko. Jechał powoli i zatrzymał się przed pasami, by przepuścić mamę z córką. ****** Na foto Asia z mamą Lidią we Francji - latem tego roku

Drugi z kierowców, ten, co jechał VW, nie przepuścił pieszych i bez hamowania, centralnie uderzył w Asię, a nieco bokiem w Lidię. 16-latka - jak opowiadają uczniowie ze szkolnego autobusu - poszybowała w powietrzu kilka metrów i upadła w rowie za. Poza szosą także upadła jej mama. Na wypadek najechał, wracający od Czempinia, wuja Joanny - Stanisław Podgórski, który mieszka - tak, jak Lidia i Asia - z dziadkami. Wuja szybko podjechał pod dom i powiadomił babcie Asi, Helenę Podgórską, że wnuczka i Lidka leżą w rowie, bo był wypadek. - Wybiegłam z domu i szybko dotarłam na miejsce zdarzenia - opowiada pani Helena. Pogotowia jeszcze nie było, ale policjanci z Kościana - tak. Jeden z nich zwrócił się do mnie z następującym pytaniem: „A co pani tu robi?” Odpowiedziałam, że to jest moja wnuczka, a ta druga, to moja synowa. Sprawca wypadku od razu do kogoś wykonał telefon. Stojący obok usłyszeli, jak mówił, że potrącił dwie osoby i nie wie, żyją, czy nie! - Policjanci sprawdzili jego dokumenty. Zabrali mu prawo jazdy, wydali pokwitowanie i kazali odjechać - opowiada dalej Helena Podgórska. - Tego to ja nie rozumiem - wtrącił się w słowa ojciec Asi, a mąż Lidii - Przemysław Podgórski. Chciałbym wiedzieć, co to za ważny człowiek, że go tak potraktowali. Dziś wiem, że to mieszkaniec Czempinia, ale nadal nie znam jego powiązań i układów. Nie zatrzymano samochodu do oględzin? Nie potrzebny był sprawca, do dalszych wyjaśnień? A na drodze nie było śladów hamowania, to znaczy, że jechał szybko i nieuważnie, więc nie zauważył przechodzących. A w tym miejscu jest ograniczenie prędkości do 40 kilometrów na godzinę. Musiał jechać dużo za szybko, bo to było widać, po odległości, z jaką odrzucił córkę. Nie było mnie w domu, gdy to się stało. Pracuję za granicą. Gdy informacja do mnie dotarła, to szef dał mi firmowy samochód i przydzielił drugiego człowieka, by ze mną pojechał do domu. Nie chciał, abym kierował w tym stanie. Jestem w Polsce już od trzech tygodni. Zajmowałem się sprawami pogrzebu Asi, wszelkimi formalnościami i jeszcze jeździłem do żony, do szpitala. Lidia leżała na chirurgii ze złamaną miednicą. Podłączona pod cewnik, kroplówki i w pampersach. Otrzymywał też dużą ilość środków przeciwbólowych. Dwa tygodnie od zdarzenia lekarze mnie poinformowali, że Lidia zakwalifikowana została do operacji miednicy. Przeniesiono ją na nowo otwarty oddział ortopedyczny i pourazowy. Ale już po dwóch kolejnych dniach ordynator oddziału poinformował mnie, że żona nie będzie miała operacji i chcą ją przekazać na oddział psychiatrii do kościańskiego sanatorium. Byłem w szoku. Nie na neurologię, nawet nie na rehabilitację, ale na psychiatrię. Czy ona jest nienormalna? Nie wyraziliśmy zgody. Ordynator wypisał więc żonę ze złamaną miednicą mówią, że dobrze się goi. Wyleczył ją w ciągu dwóch dni i wysłał do domu. 20 października przywieźli nam ją do Jasienia leżącą plackiem. Na pytanie, kto ma się nią opiekować, bo ja muszę wracać do pracy, do Belgii odpowiedziano nam, że resztą ma się zająć lekarz rodzinny. Ale co to oznacza? Czy lekarz rodzinny będzie pielęgnował żonę, mył, karmił i dawał lekarstwa? Oprócz 22-letniego syna, który też pracuje, nie mam innych osób w najbliższej rodzinie. Owszem jest moja, 66-letnia mama, która sam ma kłopoty zdrowotne i do tego opiekuje się moim ojcem chorym na cukrzycę. Pan Przemysław Podgórski wyjedzie poza Polskę po Wszystkich Świętych. Zostanie babcia, dziadek i chora, 41-letnia Lidia. - No mamy ją już w domu - znów włącza się w rozmowę Helena Podgórska. Trzeba ją podnosić, dawać zastrzyki w brzuch, szykować jedzenie, przebierać, kąpać przekładać pampersy. Tak sobie czasem siedzę i myślę, czy nad rodziną Lidii i Przemka ciąży jakieś fatum? Z czwórki dzieci żyje tylko syn Piotr. Trzy córki zginęły w tragicznych okolicznościach. Teraz Joanna, a 17 lat temu dwie córeczki - Paulina i Sylwia się spaliły. Kurier lokalny towarzyszył rodzinie w tamtych tragicznych chwilach. Zrobiliśmy w 1997 roku repotarz o pożarze w Jasieniu. Oto fragmenty tamtego artykułu. *** - Paulinka i Sylwia śpią. Piotruś spokojnie bawi się w pokoju. Wstawię więc czajnik z wodą,, by się zagotowała i zejdę z praniem na podwórze - myślała Lidka rozglądając się po kuchni. Wzięła miskę z wypraną bielizną i zeszła na dół. Na dworze zajęła się robotą. Minęło niewiele czasu, gdy z jej mieszkania na poddaszu zaczął ulatniać się dym. Rzuciła wszystko, wpadła do kuchni na parterze. Przy kuchennym piecu stała teściowa Helena Podgórska. Strugała ziemniaki na obiad. Właśnie wrócili razem z teściem z Kościana. Byli u lekarza. W domu był jeszcze ich syn Janusz, ich młodsze dzieci i dwójka wnucząt córki Beaty. - Pali się - krzyknęła Lidka i pobiegła schodami na górę. Razem z nią pobiegł szwagier Janusz, brat Przemka - jej męża. Ciemny, duszący dym utrudniał dotarcie do drzwi. Janusz pierwszy dopadł do klamki. Otworzył. Czteroletni Piotruś stał w progu mieszkania. Chwycił go i zbiegł na dół. Oboje - Lidka i Janusz próbowali przedrzeć się przez ścianę dymu do pokoju, gdzie były dziewczynki. - Bardzo chciałem dostać się do wnętrza mieszkania - mówi Janusz Podgórski z Jasienia w gminie Czempiń. Ściana zapychającego oddech dymu i żaru nie pozwalała na choćby jeden krok dalej. Słabłem. Czułem, jak tracę siły. Razem z Januszem walczyła o dzieci ich matka. Przedzierała się przez dym i „gorąc”. Jej ręce, twarz i wszystkie odkryte miejsca ciała stały się - nie szare, nie odymione - ale dokładnie czarne. Przy kolejnej próbie wdarcia się na piętro, spadła ze schodów i tak została bez przytomności. Wezwane pogotowie zabrało ją na oddział intensywnej terapii. Stan jej zdrowia był ciężki. Podłączona pod kroplówkę, przez wiele dni nie odzyskiwała przytomności. Przewieziono ją na ulicę Lutycką w Poznaniu. - Nie można było dojść schodami, więc próbowaliśmy przez okno na piętrze - dalej opowiada Janusz Podgórski. Mama podłączyła ogrodowy wąż do kranu na podwórzu, a ja strumień wody skierowałem na okno. Wybiliśmy szybę. Wtedy dopiero buchnął ogień. Z pomocą dotarli strażacy Z naszej wioski, ale okazało się, że nie sprawny jest hydrant stojący tuż przy naszym domu. - Sprawną akcję przeprowadzili strażacy z Kościana. Z dużym po- święceniem walczyli kościańscy policjanci - mówi Józef Podgórski, dziadek ratowanych dzieci na podda- szu. O rozmiarze ognia niech świadczy fakt, że odpowiednio przeszkoleni ludzie też nie mogli przebić się przez dym i płomienie wydobywające się z mieszkania na piętrze. Strażak i policjant nie dali rady żywiołowi, osłabli, spadli ze schodów i zabrani zostali do kościańskiego szpitala. Minęły dwie godziny, gdy pierwszemu strażakowi udało się wedrzeć do środka płonącego mieszkania Odnalazł starsze dziecko, półtoraroczną Paulinkę. Ogień zaskoczył ją, gdy spała na tapczanie. Wyniesiona opalone miała nóżki i podbrzusze. Lekarz mógł tylko stwierdzić zgon. Akcja ratownicza trwała dalej. Drugie dziecko - Sylwia, która spała w łóżeczku odnaleziona wstała dopiero po zakończeniu akcji. Ledwo rozpoznawalne szczątki 5-miesięcznej Sylwii wyniósł znajomy Grzegorz Jankiewicz. Zabezpieczone zwłoki zabrane zostały na sekcję do Poznania. Ojciec dzieci - Przemysław Podgórski informację o zdarzeniu otrzymał w pracy. Właściwie to przez telefon nie powiedziano, co się zdarzyło. Jeden z pracowników firmy momentalnie zza Poznania przywiózł go do domu. (…) Lidka Franek pochodziła z Pianowa, a jej rodzice przenieśli się do Szczepowic w gminie Kamieniec. Tam też został przewieziony 4 - letni Piotruś, syn Lidki, by w spokoju wrócić do równowagi psychicznej po przeżyciach związanych z pożarem. Tymczasem już dwa dni później rodzina państwa Franków, czyli dziadkowie od strony mamy zmuszeni zostali do wezwania karetki pogotowia. Piotruś zrywał się nocą z lękiem i krzyczał, że nie ma mamy, że jest ogień i że spaliła się Paulinka. W ostrych kontrastach zapamiętał wydarzenia z wtorkowego południa. Natomiast Lidce, jego mamie wróciła świadomość, ale poparzone płuca nie pozwalają jej dobrze oddychać. Być może lekarze będą musieli ją uśpić i podłączyć pod sztuczne płuco. Da to możliwość większej szansy na szybsze wyleczenie. (…) - Nie jesteśmy sami w tych trudnych chwilach - mówi Helena Podgórska. Sąsiedzi przynoszą nam upieczone ciasto, pomagają w przygotowaniu posiłków dla rodziny i pracowników. Mam rodzinę w Gninie za Grodziskiem. Są też krewni w samym Grodzisku. On prowadzi kiosk garmażeryjny przy dworcu, jego zona pracuje w szpitalu. Wszyscy oni przyjeżdżają, dzwonią, pytają, czego nam trze- ba. Ja sama kiedyś, jako dziecko przez rok mieszkałam w Wolkowie koło Kamieńca. Na cmentarzu w Łękach Wielkich jest grób mojej babci. Chcę za pośrednictwem waszej gazety podziękować wszystkim: władzy, sąsiadom i krewnym za okazanie serca i wszelką pomoc. - Nie żal jest domu, nie żal pieniędzy! Tylko te dzieci! Paulinka taka była podobna do dziadka! W tym momencie w oczach Józefa Podgórskiego pojawiły się łzy. *** Taki był artykuł o pierwszej tragedii, gdzie zginęły dzieci, ale ich mama Lidia także była bardzo poszkodowana. Teraz znów padło na ten dom i na mamę kolejnej córki, urodzonej już po tamtej tragedii. Paulina i Sylwia miałyby dzisiaj 18 i 19 lat. Ewa Noga-Mazurek