24 lipca 2014
czwartek

Dziś imieniny:
Kingi, Krystyny, Antoniego

Nowy numer Kuriera Lokalnego już za 10 dni.

Naszą stronę odwiedziło już 292197 gości.

Strona główna     Kącik fotograficzny      Oferta     Historia     Kontakt






Podział na regiony

   Ogólne
   Stęszew
   Kościan
   Grodzisk Wlkp.


Przydatne adresy

|Policja pow. Poznań|
|Policja Wlkp.|
|Policja Grodzisk Wlkp|
|Policja Kościan|
|Straż Pożarna Kościan|
|Straż Pożarna Grodzisk Wlkp|
|Grodzisk Wlkp. - miasto|
|Grodzisk Wlkp. - powiat|
|Stęszew - miasto|
|Kościan - miasto|
|Kościan - powiat|





Kurier Lokalny wczoraj i dziś:


numer na 20-lecie:



numer na 20-lecie:



numer na 15-lecie:



numer na 10-lecie:



numer na 5-lecie:



Pierwszy numer:



 

 

AKTUALNOŚCI

Oszustwa stęszewianki. Kto zatrzyma Joannę M.?

Czas znów wrócić do tematu podjętego przez redakcję KL wiosną 2009 roku, a dotyczącego Joanny M.. Stęszewianka nagminnie okradała ludzi i to nie na kilka, nawet nie na kilkaset złotych, ale na grube tysiące. Robiła to, gdy była jeszcze „czysta”, robiła później, gdy zajęła się tym policja i prokuratura, ale niestety czyni to dalej, tyle że przeniosła się w szerszy teren. Nigdy jednak za swe czyny nie poniosła kary. A jak wiadomo, bezkarność rozzuchwala. Nim przypomnimy nasze artykuły z tym związane przytoczymy list, jaki zamieściła jedna z osób poszkodowanych na społecznościowym portalu Stęszewa.

„Dlaczego nas okradłaś! To pytanie bardzo często przewija się przez usta poszkodowanych. Joanna M., która z zimną krwią zarzucała pętle na swoje ofiary, budując w nich nieskazitelne zaufanie. Potem szło, jak z płatka. Ludzie dawali na „słowo honoru”, a ona brała. Zastanawiam się, dlaczego Kurier Lokalny przedstawił ją - cytuję: „Była jak Janosik, zabierała bogatym, a dawała biednym”. Przecież Janosik nie żerował na ludzkiej naiwności, nikogo nie oszukał, nie miał korzyści majątkowych, a po drugie zabierał bogatym to, co oni zabrali biednym, a nie ludzki dorobek (czasami całego życia lub kredyt). (…) Można powiedzieć, iż jest ona mistrzem w swojej branży. (…) Podziwiam tych, co zostali oszukani. Czy nie zależy im na odzyskaniu swojego dorobku? A może wstyd przed społecznością za swoją naiwność? To, co zrobiła Joanna, jest zwykłym przestępstwem i nie powinno być traktowane z przymrużeniem oka. (…) Gdziekolwiek Joanna się pokaże, tam znowu system się powtórzy. Zastanawiam się, co na to policja.” Kto mógł to napisać? Na pewno ktoś z ludzi oszukanych do wiosny 2009 roku, figurujących w dokumentach Prokuratury Rejonowej w Grodzisku Wlkp. O kolejnych dowiadywał się Kurier lokalny już później od zgłaszających się do redakcji poszkodowanych. Oto ta oficjalna, prokuratorska lista: *Małgorzata B. przekazała w zeznaniu, że pierwsze pieniądze dała, nie pobierając żadnego pokwitowania, na początku grudnia 2007 roku i była to suma 60 tysięcy złotych. Po kilkunastu dniach dołożyła 2800 zł i 700 zł na konto męża Joanny - Adama, a po około miesiącu-dwóch, kolejne 8000 zł (bez pokwitowania). Do sierpnia 2008 roku Joanna zwróciła 1000 złotych, a także sfinansowała zakup alkoholu na wesele syna Małgorzaty. Do styczniu 2009 roku zwróciła łącznie 21 tysięcy. *Alina G. 28 października 2003 roku przelała na konto Adama M. 7167 złotych, które Joanna miała zwrócić do stycznia 2004 r., a w styczniu lub lutym 2008 r. pożyczyła jeszcze 2400 złotych bez pokwitowania. *Sławomira D. 13.04.2004 r. wpłaciła na konto 1233, 40 zł., w 2005 r. dodatkowo kwotę 2100 zł lub 2500 zł i 1200 lub 1700 zł oraz w dniu 15 lutego 2008 r. na konto Adama M. 2150 zł, a następnie także 3 - 4 razy po 250 zł, a wszystko bez pokwitowania. *Aurelia B. w styczniu 2004r. na konto Adama M. przelała 3700 zł, a następnie w sierpniu 2005 r. 800 zł. Do ręki Joannie M. dała 2500, z czego ta druga zwróciła jej 2 tysiące. *Ryszard i Genowefa O. w listopadzie 2006 r. dali 20 tys. zł, które w/wymieniona zwróciła, tak samo, jak i kolejne 3 - 4 kwoty po 5 tys., w styczniu i lutym 2008 r. kolejne 10 tys. złotych, *Marian C. we wrześniu 2007r. dał 7400,40 zł, a w październiku łącznie 23.437 zł - na konto bankowe Adama M., przy czym Joanną zwróciła mu 5800zł. *Leszek i Beata J. pod koniec 2007 r. kilkakrotnie dali łączną kwotę 30 tys. zł - bez określenia terminu zwrotu, na okoliczność czego nie sporządzono żadnej umowy; *Andrzej R. w okresie od lutego 2007 r. do listopada 2008 r. dał 210.800 zł., które miały być spłacone w ciągu roku, a na dowód czego sporządzono umowę pożyczki, a których dotychczas Joanna M. nie zwróciła, *Władysław U. w marcu 2008 r. dokonał na konto Joanny i Adama M. kilkakrotnych wpłat w łącznej kwocie 20 202 zł , a w kwietniu 2008 r. - ko lejnych wpłat w łącznej kwocie 69.943,40 zł, w marcu 2008 r. do ręki Joanny M. łącznie 16.034 zł., a ponadto w kwietniu i maju 2008 r. 36.901 zł - na konto bankowe i do rąk w/wymienionej Joanny. W tym samym czasie dołożył 7466,80 zł., z czego Joanna M. do marca 2009 r. zwróciła 63.400 złotych. Tyle z prokuratorskich dokumentów. Dodamy przy okazji, że „janosikową” cechę Joanny zasugerowali nam dyrektor Szkoły Podstawowej w Stęszewie – Leszek Bernaczyk i jego żona Lidia opowiadając, jak Joanna wspiera Szkołę i sponsoruje szkolne działania. Kurier lokalny został na portalu wywołany do tablicy. Przypomnijmy zatem fragmenty naszego artykułu, do którego odnosi się piszący: - Joanna wmówiła sobie i innym, że jest bogata. Obracała się w gronie ludzi zamożnych, o wysokim statusie materialnym i zapragnęła im dorównać. Autorzy takiej opinii sądzą, że stęszewianka tak dalece mijała się z prawdą, że być może sama już uwierzyła w opowiadane przez siebie historie. Inna grupa nazywa ją zwykłą wyłudzaczką, która opowiadając zmyślone historie, żerowała na ludzkiej naiwności i pazerności na kasę. Pożyczkodawcom obiecywała, że sumy zwrócone będą w dwójnasób. Jakakolwiek była przyczyna, fakty są następujące. Mieszkanka jednej z ulic nad Lipnem w Stęszewie, to ślązaczka, która wyszła za mąż w Stęszewie i zamieszkała w domu teściowej. Nikt nie znał, ani jej przeszłości, ani rodziny. Jeszcze sześć lat temu była zwykłą, szarą myszką, o wykształceniu zawodowym. Być może miała poczucie niższości zważywszy, że jej małżonek pracował, jako wulkanizator w miejscowej firmie Mark Gum. Mieli trójkę dzieci – dwóch chłopców oraz dziewczynkę i niewielkie pieniądze na przeżycie każdego miesiąca. Gdy kolejne jej dziecko zaczęło chodzić do szkoły, włączyła się w pracę Rady Rodziców. Od początku wyróżniała się dużą aktywnością. Poznawała w ten sposób środowisko nauczycielskie, zaprzyjaźniała się z rodzicami. Opowiadała znajomym, że otrzymała spadek po dziadku. Dziadek zmarł we Włoszech, tam miał swój statek i był jego kapitanem. Dziadek miał zostawić jej sporą sumę, ale warunkiem w testamencie było, że 1/3 kwoty pójdzie na cele społeczne. (…) Przewodniczący Rady Rodziców tak podsumował sprawę członkini swojego Zarządu: - Była otwarta na świat i łatwo nawiązywała kontakty. Pracując w radzie nawiązywała coraz to nowe znajomości. Poznawała ludzi bogatych, inteligentnych i mogłoby się wydawać bystrych. A jednak, to oni dali się naciągnąć na ogromne kwoty, dając na tak zwaną „gębę”. Teraz widzę, że ona oswajała swoje ofiary. Zbliżała się do nich, zaprzyjaźniała, służyła pomocą. Ja sam jej wierzyłem. Mieszkańcy Stęszewa widzieli Joannę, jako osobę, która stwarzała pozory bardzo zamożnej. Zachowywała się tak, że dla niej pożyczyć, a później oddać 30.000, a nawet 70 tysięcy złotych, to żaden problem. W ten sposób oszukana została między innymi bliska przyjaciółka – Beata. Pożyczyła Joannie kilkadziesiąt tysięcy, które czekały na remont domu. Mąż Beaty zachorował. Joanna pomagała, woziła do szpitala i okazywała przyjaźń, poczym pożyczyła pieniądze i nigdy nie oddała. Naciągnąć dali się też nauczyciele, a także pan Piotr - jeden z poprzednich przewodniczących Rady Rodziców, mieszkający kiedyś przy szkole, a obecnie mieszkaniec Granowa. On przelał kilka tysięcy. Nie zawsze brała „na spadek”. Kiedyś otrzymała wpłatę 30 tysięcy na sprowadzenie auta z Niemiec. Auto nigdy do Stęszewa nie dojechało. Innym razem pojawił się motyw chorego dziecka rodziny mieszkającej w Chomęcicach, w gminie Komorniki. Joanna mówiła, że chce pomóc rodzinie, więc w ich imieniu zbiera kasę na leczenie. I kasę od ludzi otrzymywała. Kiedyś płakała w słuchawkę telefonu, że jej córka jest ciężko chora i pilnie potrzebuje pieniądze na leczenie. Mówiła, że jest właśnie pod szpitalem przy ulicy Przybyszewskiego w Poznaniu. Ofiarą padli też niezbyt zamożni rodzice trójki dzieci z Trzebawia, którzy musieli sprzedać ziemię, by rozliczyć pożyczkę wziętą w banku dla Joanny. Proceder trwał. Bogata Joanna wyjeżdżała razem z mężem na zagraniczne wycieczki do Egiptu, Tunezji, do Gracji i w inne miejsca. Dzieci miały wszystko to, co najlepsze. Uczęszczały na jazdy konne, na najlesze wycieczki, na inne dodatkowe zajęcia, na które nie stać zwykłych ludzi. Zapytaliśmy jedną ze znajomych Joanny, także poszkodowanych, jak to wyglądało w jej przypadku. Powiedziała tak: - Wpłaciłam jej kilka tysięcy zaliczki na zagraniczną wycieczkę, ale nie chcę już o tym rozmawiać. Nigdzie zgłaszać nie będę, bo ja nie mam, o co walczyć - mówi Anna z ulicy Wojska Polskiego. Dałam niewielkie pieniądze i je dostałam z powrotem. Jej mąż przyniósł mi do domu. Sprawy ruszać nie będę, ale widzieć jej już nie chcę. Miała gadane. Nabrali się ludzie na stanowiskach. Przyjaźniła się przecież z dyrektorstem szkoły.” Tyle starego tekstu. Jedni mówią, że to zwykłe oszustwa i trzeba zgłosić do prokuratury, bo nawet wielki remont domu zrobiła nie za swoje, inni, że mąż powinien ją leczyć. Kwota, której się wówczas doliczono sięgała około 700 tysięcy złotych. Problemem Joanny zajął się wówczas policjant w Stęszewie asp. Piotr Pawlak. Obszedł poszkodowanych i sporządzał protokoły. Na ich podstawie zrobił wniosek do Prokuratury w Grodzisku Wlkp. Po trzech miesiącach od złożenia przez policję zawiadomienia pani prokurator Małgorzata Dotka umorzyła śledztwo argumentując, że każdy poszkodowany znał pożyczającą i że każdy dawał z własnej woli, a pożyczająca ma zamiar pieniądze zwrócić. Stęszewscy policjanci byli zdegustowani. Mówili, że jest to sposób na nieuczciwe zdobywanie kasy i to bez konsekwencji. Tą drogą sprawa Joanny ze Stęszewa w 2009 roku się oficjalnie zamknęła. Piszemy oficjalnie, albowiem kolejni poszkodowani zaczęli dzwonić do naszej gazety i opowiadać swoje historie. Dowiedzieliśmy się, że wzięła kilka tysięcy na garnki Ceptera od sąsiadów z ulicy, że od rolników z podkościańskich Zador w kilku ratach otrzymała 30 tysięcy na konto. Za otrzymaną kwotę miały być maszyny dziewiarskie do chałupniczej pracy. Maszyny nigdy nie dojechały. Kolejną osobą, która opowiedziała Kurierowi lokalnemu o swojej dużej stracie była pani doktor ze Stęszewa, która w kilku ratach przekazała, bez pokwitowania 110 tysięcy złotych. Ona także usłyszała od Joanny historię o spadku, za który trzeba zapłacić podatek w Urzędzie Skarbowym. Mijał czas, a zwrotu gotówki nie było. Pani doktor zaczęła się niepokoić. Coraz mocniej - wraz z mężem - żądała potwierdzenia prawdziwości słów pożyczkobiorczyni. I otrzymała! Było to pismo z poznańskiej „skarbówki”, że spadek jest, tylko trwają procedury. Gdy pojawił się artykuł o okradzionych przez Joannę ludziach, pani doktor zapytała o prawdziwość opisywanych faktów. Wówczas dowiedziała się, że KL pisał nieprawdę i jako dowód dała pismo o umorzeniu przez Prokuraturę postępowania wobec niej. Jednak pismo pani prokurator nie zaprzeczało, że naciągała ludzi na kasę. Joanna zmieniła więc treść. Zostawiła tylko pieczątki i orzełka. Obiecywała nadal, że pieniądze zwróci, ale że ma kłopot, bo najpierw ktoś ją okradł z konta, a potem jej dwaj adwokaci - Michał Jujka i Tomasz Kuik, którzy zajmowali się spadkiem mieli wypadek pod Berlinem. Jeden zmarł w Niemczech, a drugi jest ciężko ranny, więc załatwianie utknęło. Pani doktor i jej mąż przestali wierzyć w słowa Joanny. Nie mieli śladu, że dali kasę, ale mieli sfałszowane papiery. Wnieśli sprawę do Prokuratury w Grodzisku Wlkp.. Ta wszczęła postępowanie. Sędzia Odhe prowadzący sprawę ściągnął przedstawicielkę Urzędu Skarbowego z Poznania, a ta uznała, że pokazywane pismo jest przerobione z innego dokumentu. Drugiego, sfałszowanego pisma sędzia nie musiał daleko szukać, bo było w grodziskiej prokuraturze. Joanna M. usiadła na ławie oskarżonych, a przed nią jej pani adwokat. Po dwóch wokandach została uznana winną i skazana na dwa lata pozbawienia wolności, w zawieszeniu na pięć. A rodzina z Zador? Rolnicy pieniądze przelewali na konto męża Joanny, więc mieli potwierdzenie. Gdy już wyszło, że są kłopoty, a Joanna nadal przyjeżdżała do Zadar w odwiedziny, rolniczka postanowiła zapytać wprost, dlaczego Joanna i Adam nie oddają im pieniędzy. Usłyszała odpowiedź, że zajmuje się już tym jej menager ze Szczecina - Grażyna Szapołowska (tak samo się niby nazywała, jak znana aktorka) i że niebawem kasa przyjdzie. Innym razem przesyłała MMS, w którym załączony był dokonany „niby” przelew na 25 tysięcy. Podczas jednej z wizyt Joanny w Zadorach, zaproszony też został redaktor KL, by posłuchał z boku i przyjrzał się zachowaniu Joanny. Rolniczka tak zaczęła rozmowę: - Usiądź trochę i wypij kawę. Chcę z Tobą porozmawiać. Narosło wiele nieporozumień wokół kwestii Twoich długów wobec ludzi. Wiem – mówiłaś mi, że to wszystko, co piszą i mówią, to nieprawda. Powiedz mi zatem dlaczego nie chcesz nam oddać pieniędzy? Przecież wiesz, że bardzo je potrzebujemy. Dlaczego mówisz i ta Twoja znajoma, że wysłałyście pieniądze, a do dziś nie przyszły? Daj mi ten druk nadania, a my sami sprawdzimy w banku, co się stało. Możesz przywozić i po trochu zwracać. Skoro gazeta kłamie i inni ludzie nie mówią prawdy, to dlaczego zajmowała się tym policja i prokuratura? Przyjeżdżasz do nas, chociaż my nasłaliśmy już na Ciebie komornika. Powinnaś być na nas wściekła, skoro nie zrobiłaś nic złego. A Ty zachowujesz się, jakby nigdy nic. Dlaczego w ogóle zgodziłaś się, że komornik zabrał ci samochody na licytację? O swoje walczył także Grzegorz W. mieszkaniec ulicy Rogalińskiej w Świątnikach w okolicach Rogalinka. Dla niego komornik zajął dwa samochody Fiata Cinquecento i Opla Astrę Combi. Do tej licytacji podłączyli się mieszkańcy Zador. Było to 15 marca 2010 roku. Tyle wiedzieliśmy o sprawach Joanny do połowy 2010 roku. Niebawem zaczęły nas bombardować nowe wiadomości. Joanna zaczęła pracować w Poznaniu. Minęło kilka miesięcy i zadzwonił do redakcji KL Łukasz K. spod Konina. Od niego dowiedzieliśmy się o dalszych losach mieszkanki Stęszewa. - Poznałem Joannę, gdy razem pracowaliśmy w firmie telekomunikacyjnej w Poznaniu. Była to praca na zlecenie. Ona odeszła do Przedsiębiorstwa Dystrybucji Farmaceutycznej Slawex z Lublina, które swój oddział ma w Sierosławiu w gminie Tarnowo Podgórne. Mówiła, że jest tam ważną osobą i może mi załatwić pracę, ale najpierw potrzebne jest szkolenie w Berlinie, a na to muszę wpłacić pieniądze. Dałem się namówić ja i mój kolega Łukasz P. Cieszyliśmy się, bo obecna praca była niepewna. Czas mijał. Ona stała się nieuchwytna. Gdy dzwoniłem na jej komórkę, to mawiała, że właśnie siedzi w Berlinie i załatwia naszą robotę, więc mamy być cierpliwi. Niebawem z internetu dowiedzieliśmy się o przeszłości Joanny. Pojechaliśmy z kolegą pod jej dom w Stęszewie. Gdy zadzwoniłem wyszedł mniejszy syn i powiedział, że zawoła mamę. Potem wyszedł starszy syn i potwierdził, że jest w domu i zaraz wyjdzie. Czekaliśmy długo, ale się nie pojawiła. Rozpytywaliśmy sąsiadów. Powiedzieli, że Kurier lokalny się tą sprawą zajmował, więc do was zadzwoniłem. Najgorsze jest to, że długo byłem bezrobotny. Uzbierałem trochę pieniędzy, a ona mnie tak oszukała. W sumie obaj z kolegą straciliśmy około 15 tysięcy - zakończył Łukasz spod Konina. W czerwcu 2011 roku Łukasz pojechał nad morze szukać na lato zajęcia, bo nie miał z czego żyć. Złożył też zawiadomienie na policję w Poznaniu na Nowym Mieście. Przesłał nam zgłoszone na policję zawiadomienie o wyłudzeniu, ale mu umorzono. Jesień 2011 roku przyniosła nam nowe wieści. Zadzwoniła do redakcji Monika P. z Poznania. Dzięki tej 30-kilkuletniej kobiecie dowiedzieliśmy się, co dzieje się dalej. Monika pracowała z Joanną w Slawexie, o którym opowiadał Łukasz. Oto historia Moniki, kolejnej ofiary: - Gdy przyszłam do pracy, to Joanna Misztal już była, jako kierowniczka i moja szefowa. Szybko się zbliżyłyśmy. Ona była bardzo przyjacielska. Jestem samotną matką wychowującą córkę. Zbierałam pieniądze na własne mieszkanie. Powiedziałam jej o tym. Niebawem namówiła mnie, bym te uzbierane 30 tysięcy pożyczyła. Dałam, ale najpierw spisałyśmy umowę. Nie przyszło mi do głowy nic złego, bo z jednej strony była taka dla mnie dobra, a z drugiej miała pozycję w firmie. Zbliżyła się do kierownika poznańskiego oddziału, czyli kogoś mocnego. On co prawda miał żonę i dzieci, ale Joanna oficjalnie opowiadała o ich zażyłości. Potem dość szybko została zwolniona, a powodem ponoć był fakt, że złożyła sfałszowane świadectwo ukończenia technikum farmaceutycznego. Firma sprawdziła w szkole i nigdy takiej uczennicy nie było. Szef nie chciał robić wokół sprawy szumu, więc zwolnił ją nie zawiadamiając prokuratury o sfałszowaniu dokumentów. Joanna pokazywała mi w swoim telefonie SMS-y do kierownika. Robiła zdjęcia jego dziecka i wysyłała mu informując, że właśnie jest pod jego domem. Sugerowała w ten sposób, że albo może coś się stać z dzieckiem, albo wejdzie do żony i wszystko opowie. Kto ją tam wie, co myślała. Ostatecznie od nas odeszła. W październiku minionego roku do redakcji zadzwoniła kolejna osoba. To Magdalena P. z Poznania. Powiedział, że we wrześniu wynajęła Joannie ze Stęszewa swoje mieszkanie, ale po czasie dowiedziała się o niechlubnej przeszłości tej pani i jest zaniepokojona. Pytała nas, czy to prawda, co o niej słyszała. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że już nie jest z Adamem, że starsze dzieci zostały z ojcem, a najmłodszy Marek zamieszkał z mamą. Tam chodzi do gimnazjum. Kolejny miesiąc i kolejny telefon do redakcji. Zadzwoniła znów Monika P. z Poznania. Mówiła, że chciałaby wrócić do sprawy Joanny, spotkać się z redaktorami i przywieź wyroki sądowe i decyzje komornicze. W styczniu pani Monika przyjechała do Stęszewa. Siedliśmy w Motelu 2000. Przypadek chciał, że do lokalu wszedł Aleksander Mórkowski z rodziną. Przypomnijmy, że to on, przewodniczący Rady Rodziców opowiedział nam w 2009 roku o początkach oszustw Joanny. Usiadł na chwilę przy naszym stoliku i poznał kolejną ofiarę. Pani Monika pokazała wiele zachowanych od Joanny SMS-ów. W jednym z nich Joanna pisze w imieniu swego adwokata, jakiegoś pana Pankowskiego, że pieniądze są i Monice zwróci. Innym razem występowała w imieniu szefowej Orange, bo niby Joanna chciała Monice załatwić pracę w tamtej właśnie firmie. Wysyłała też MMS-y z potwierdzeniami dokonanych przelewów na rzecz Moniki. 10 kwietnia 2012 do Kuriera lokalnego odezwała się ponownie właścicielka wynajmowanego Joannie mieszkania. Pani Magdalena martwiła się, bo lokatorka drugi miesiąc nie płaciła czynszu, a powinna dać 5000 tysięcy złotych. Gdy pani Magdalena prosiła lokatorkę o spotkanie, Joanna odpowiadała, że właśnie jest na nartach w Szwajcarii, innym razem, że przebywa w Warszawie. Na początku maja br. dowiedzieliśmy się z kolejnego telefonu od wynajmującej, że Joanna zniknęła, ale kluczy od domu nie zdała. Sąsiedzi informują, że wynoszone były meble z mieszkania i że pojawiła się tam policja. Łatwiej będzie zrozumieć, co się działo na ulicy Wilczak (ostatnie lokum Joanny), gdy poznamy kolejną jej ofiarę. Sprawę rozjaśni nam Marcin M. z Czapur koło Poznania. Pan Marcin jest wściekły i rozżalony. Oszukała go, choć byli parą, mieszkali razem właśnie w mieszkaniu na Wilczaku. Oto, co możemy przeczytać w mailu: - Witam. Podczas naszych rozmów telefonicznych przekazałem Pani wiedzę, którą posiadam na temat Joanny. Poznałem ją blisko. Byliśmy parą. Mieszkałem z nią w luksusowym mieszkaniu, w ogrodzonym, zamkniętym osiedlu nad Wartą przy oczyszczalni ścieków, obok Tesco. Widziałem u niej przelew na 5000 złotych za wynajem. Joanna mnie oszukała. Dałem jej na rękę kwotę około 12 tysięcy złotych, ale po czasie, gdy zacząłem czuć, że coś dzieje się nie tak, zmusiłem ją do napisania oświadczenia, że pożyczyłem jej tę kwotę. Poznałem Joannę z moją 10-letnią córką. Ja jakoś to przeżyję, ale co mam powiedzieć córce? Że nas oszukała? Joanna woziła nas do swoich rodziców do Pobiedzisk. Jej ojciec, to były policjant. Ona z domu nazywa się na literkę B. (nazwisko znane redakcji). Poznałem jej trójkę dzieci. Najstarszy Bartek, potem Ola i najmłodszy Marek, który mieszkał z nami. Nie odpuszczę jej ani pieniędzy, ani upokorzenia. Dotarłem do ważnego dokumentu. Zrobiłem zdjęcie dyplomu ukończenia przez Joannę niby wyższych studiów pedagogicznych. A z tego, co wiem, to ona ma tylko zawodówkę. Przesyłam ten dokument i proszę o sprawdzenie autentyczności. Tak wygląda w skrócie dalsze życie stęszewianki. Rozwaliła totalnie swoje życie, ale i życie najbliższych. Niszczy ludzi, z którymi się wiąże, a potem, gdy sprawy wychodzi na jaw - ucieka. Marcin mówi, że zniknęła, ale co jakiś czas wysyła do niego SMS-y z zapytaniem, czy chce wiedzieć, gdzie obecnie mieszka. Marcin dodaje też, że ona z łatwością może przenieść się wszędzie, do Warszaw, Krakowa, czy Łodzi i zacząć wszystko od nowa. Proceder będzie ciągnąć tak długo, aż ktoś jej nie zatrzyma. Cała ostatnio poznana przez redakcję KL trójka: Łukasz, Monika i Marcin mówią, że jej nie odpuszczą. Cała trójka chętna jest na spotkanie z innymi poszkodowanymi. W Polsce zdarzają się różne, podobne oszustwa i tamte prokuratury się nimi zajmują. ***Pierwsza sprawa 37-letnia kaliszanka jest oskarżona o wyłudzenie od rolnika, który chciał zainwestować w agroturystykę, ponad pół miliona złotych. Kobieta zapewniając go o swoich wpływach w organach państwowych i unijnych obiecała pomoc w uzyskaniu dotacji. Aby wzbudzić zaufanie, co jakiś czas kontaktowała się z rolnikiem telefonicznie, przedstawiając się, jako różne osoby. Kaliszanka ma odpowiadać za wyłudzenia, ale do sądu wpłynęło zaświadczenie lekarskie wystawione przez biegłego psychiatrę o tym, że oskarżona nie może uczestniczyć w rozprawie ze względu na stan psychiczny. Sąd powołał biegłych psychiatrów, aby ocenili stan zdrowia oskarżonej , czy rzeczywiście cierpi a chorobę psychiczną i czy może uczestniczyć w procesie. Jeśli okaże się, że Beata K. celowo unika sądu, to zostanie tymczasowo aresztowana. Sąd wyznaczył biegłym 3 tygodnie na wydanie opinii. Beacie K. grozi do 10 lat. ***Druga sprawa Zakopiańska prokuratura na początku maja 2012 roku skierowała do sądu w Nowym Sączu akt oskarżenia przeciwko Annie. K., która oszukała banki i osoby prywatne na ponad milion złotych - poinformował szef Prokuratury Rejonowej w Zakopanem Zbigniew Lis. Anna K. od stycznia 2007 roku do sierpnia 2009 roku, prowadząc w Zakopanem fundusz „Perspektywa” mówiła klientom, że jeśli będą na jej konto wpłacać określone kwoty, to co miesiąc będą otrzymywali odsetki w wysokości od 20 do 50 procent. Na poczet udziałów w funduszu kobieta wyłudziła pieniądze od 13 osób - w sumie na kwotę ponad pół miliona złotych. Oszukała także banki w różnych miastach Polski na kwotę znacznie przekraczającą pół miliona złotych. Z czasem oszukani klienci Anny K. przestali otrzymywać obiecane im pieniądze. Oskarżona przyznała się do oszustw i zgodziła się na karę proponowaną przez prokuratora, czyli trzy lata i sześć miesięcy pozbawienia wolności oraz naprawienie wyrządzonych szkód. Dlaczego nie można zatrzymać rozpędzonej w oszukiwaniu ludzi Joanny? Czy nie czas uchronić kolejne ofiary? Może na początek trzeba pokazać kolejne sfałszowane dokumenty i odwiesić karę zasądzoną w zawiasach? Ewa Noga-Mazure

   Dodaj komentarz
autor: 


  

Darek 2014-07-16 20:57:38

Przestrzegam wszystkich przed Joanna Misztal Bartkowiak patologiczna klamczucha i oszustka.Twierdzi,ze prowadzi kancelarie i swoich oszustw dokonuje teraz wspólnie z Mariuszem Sokolowskim z Rogozna.Ostatni jej adres zamieszkania to Przezmierowo,ale juz nieaktualny.


ewaxbis 2013-12-07 23:12:27

Witam pani Joanna wróciła do swojego nazwiska panieńskiego , założyła firme , kancelarie odszkodowawczą i naciaga ludzie , mnie również winna jest pieniądze , polecam artykuł w Glosie Wielkoolskim,...prawniczka naciaga poznaniaków ...


KASIA KUL 2013-11-05 18:42:44

Proszę o kontakt wszystkich pokrzywdzonych przez Joannę Misztal Bartkowiak klaudyna717@wp.pl


AGA 2013-10-31 20:41:04

Nitk Urodziła kolejne dziecko. Jest mi winna pieniadze, ktore dla mnie sa istotne, po tym co czytam o tej osobie to jest znikoma kwota. Wspolczuje dzieciom takiej matki!!!!!!


nitk 2013-10-26 12:01:02

a ile Ci Aga jest winna kasy,ponoć urodziła teraz kolejne dziecko..Niech policja wkońcu ją złapie.


AGA 2013-10-26 11:38:40

Osobom zainteresowanym podam aktualne dane do p. Joanny (telefony i adres)


AGA 2013-10-23 18:47:02

Znam tę osobę. Jest mi winna pieniądze... Kupiła nowy dom Plewiska koło Poznania.


nitk 2013-10-21 14:00:28

kasia podaj swojego @moge Ci pomoc


kasia kul 2013-10-09 18:55:37

jestem nową poszkodowaną , złożyłam sprawę na policji.teraz działa w poznaniu...chcę ją złapać! może ktoś jest chętny by mi pomóc?


tadek 2013-05-23 20:52:07

ktos wie cos nowego


kat 2013-03-08 01:30:09

zlozcie sie po pare zlotych i przywioze kurwe w bagazniku


wabik 2012-09-20 10:51:44

Ja również zostałem oszukanym przez panią j.m .I to jest prawda ma syna,a teraz się przeprowadziła ale mieszka w tej samej dzielnicy co ostatnio tylko inny dom..Ja mam źródła z pierwszej ręki. I nie chce wprowadzać ludzi w błąd,dlatego mówię prawdę,aby ludzię nie dali się nabrać na tą osobę. Bo to jest chore,że można oszukiwać ludzi na takie pieniądze i chodzić bezkarnie.Sprawa jest na policji w wydziale przestępstw gospodarczych.Więc oszukani niech tam się zgłaszają.Bo im więcej nas tym szybciej policja zacznie działać.


szeryf 2012-09-17 20:49:31

jak na razie zawodowa oszustka chodzi sobie swobodnie na wolności. meble wywiozła do koleżanki i udaje głupią. Jak na osobę, która skończyła zawodówkę jest cwana.


poinformowany 2012-08-28 20:06:58

Znam najnowszy adres joanny. Piszcie na poinformowany@vp.pl


wiedzący 2012-08-14 11:58:42

Proszę o kontakt przez autorkę artykułu: P. Magdalenę wynajmującą mieszkanie Joannie M. ; P. Marcina z Czapur oraz innych, którzy zostali oszukani przez ladacznicę.